Globalny gracz [WYWIAD]

Mateusz Stępień
Z produktów inowrocławskiej firmy korzystają organizatorzy wyścigów Formuły 1, Tour de France czy managerzy koncertów na całym świecie.

Radomir Doberstajn zaczynał jako kierowca w rodzinnym biznesie. Dzisiaj kieruje przedsiębiorstwem, które jest globalnym graczem w swojej branży. Z produktów, które opuszczają siedzibę jego firmy - mieszczącą się w Inowrocławiu Screen-led - korzystają organizatorzy wyścigów Formuły 1, Tour de France, event managerzy podczas muzycznych koncertów na całym świecie, w Polsce - m.in. Kancelaria Prezydenta RP, Ośrodek Przygotowań Olimpijskich i instytucje kultury w całym kraju. W Polsce Screen-led można spotkać tylko na jednej imprezie - Inowrocławskiej Wystawie Gospodarczej. Swoje produkty pokazują bowiem poza granicami - m.in. podczas targów w Amsterdamie, Las Vegas i Dubaju.

O tym, jak do tego doszło - dla „Głosu Inowrocławia”, w rozmowie z Mateuszem Stępniem opowiada Radomir Doberstajn, prezes zarządu Screen-led.

Mateusz Stępień: Motoryzacja jest dla pana pasją czy tylko jednym z zainteresowań?
Radomir Doberstajn, prezes zarządu Screen-led: Zdecydowanie pasją, i to od dziecka. Zaraził mnie nią tata, wielki fan samochodów. Zabierał mnie na targi motoryzacyjne, regularnie kupował specjalistyczne gazety, które, gdy tylko pojawiły się w domu, od razu zabierałem do swojego pokoju i czytałem od pierwszej do ostatniej strony. Przez to pamiętałem dane techniczne i osiągi większości marek samochodów i ich poszczególnych modeli.

Kiedy pasja zamieniła się w sposób na życie?
Bardzo szybko. Można nawet powiedzieć, że w mniejszym stopniu już po szkole średniej. Studiowałem zaocznie w Bydgoszczy, w tygodniu pracowałem - byłem kierowcą w firmie mojej mamy.

A w większym stopniu?
W 2007 roku kolega zaproponował mi wyjazd na giełdę samochodową do Rostocku w Niemczech. Miał dobrze rozpoznany tamtejszy rynek, od dłuższego czasu kupował na nim samochody, transportował do Polski i tutaj je sprzedawał. Dobrze na tym wychodził. Pojechaliśmy w trójkę - on, mój szwagier i ja. Za stosunkowo małe pieniądze przywieźliśmy będące w bardzo dobrym stanie auta BMW. W tamtym czasie popyt na sprowadzane samochodu był duży. Przekonałem się o tym w ciągu kilku następnych lat. Na pierwsze, wspomniane BMW, znalazłem klienta w ciągu tygodnia. Po odliczeniu wszystkich kosztów, ze sprzedaży tego jednego samochodu miałem trzy tysiące złotych. Skoro więc w tydzień można było tyle na tym zarobić, zaangażowałem się w to na całego. Szwagier pojechał ze mną jeszcze tylko kilka razy, bo później - przez swoją pracę - nie pasowały mu terminy. Zacząłem więc jeździć sam. Zmieniłem giełdę z Rostocku na zagłębie motoryzacyjne w Niemczech - Berlin. Kupowałem coraz częściej i więcej, jeszcze szybciej sprzedawałem. Zarobione pieniądze inwestowałem w zakup kolejnych aut. I tak to się kręciło.

Jakie to były samochody?
Na tyle rozpoznałem rynek, że wiedziałem, jakie kupić i za jaką cenę. Ople i Fordy sprzedawały się od razu - od 10 do 15 tys. zł. Kupowałem korzystnie i dobrze. W motoryzacji obracałem się od dziecka, skończyłem technikum o kierunku mechaniczno - elektrycznym, nie było możliwości, żebym przywiózł coś, co było w złym stanie technicznym. Ogłaszałem się w internetowym portalu aukcyjnym, z czasem zacząłem wstawiać auta też do komisu kolegi. Zainteresowanie było duże, chętni przyjeżdżali z całego kraju. Później kupiłem lawetę, mogła zabierać dwa samochody. Zwiększyły się liczby aut i klientów. Kilka razy zdarzyło się tak, że miałem już wracać do Polski, wtedy dzwonił kierowca od lawety i mówił, że sprzedało się wszystko, co przywiózł dwa dni wcześniej i już do mnie jedzie po nowe samochody. Kupowałem więc dalej.

Skąd zatem kolejny pomysł na biznes - telebimy?
W tamtym czasie dużo jeździłem po kraju. Podczas jednej z takich podróży miałem coś do załatwienia w Bydgoszczy. Byłem w okolicy dworca PKP, niedaleko od niego znajduje się hotel BRDA, obok stał duży telebim emitujący reklamy. Pomyślałem, że to atrakcyjna forma promocji. W tamtym czasie był to chyba jeden z pierwszych takich multimedialnych wyświetlaczy w mieście, więc tym bardziej przykuwał uwagę - kierowców i przechodniów. Chciałem to przenieść na nasz inowrocławski grunt. Miałem zaoszczędzone pieniądze ze sprzedaży samochodów, zainwestowałem je w zakup pierwszego telebimu. 95 proc. ich produkcji odbywa się w Chinach. Ale zanim trafiłem na tamten rynek szukałem czegoś w Polsce. I znalazłem, ale z tym, że miał 30 m2 i był drogi, a mnie było stać tylko na taki o powierzchni 20m2.

W powszechnej opinii duże zamówienia na chińskim rynku są synonimem ryzyka.
To raz, a dwa - że to bardzo specyficzny rynek. Na tyle, ile to było możliwe sprawdziłem firmę, od której będę kupował, ale niepewność i ryzyko pozostały. Wybrałem w końcu telebim, złożyłem zamówienie i zrobiłem przelew na 200 tys. zł. Bo żeby dostać stamtąd towar, trzeba było zapłacić z góry. Jeszcze więcej kosztowało mnie to nerwów i nieprzespanych nocy. Towar płynął statkiem. Trwało to długo, ale w końcu dotarł. Czekałem miesiąc.

W którym miejscu go pan postawił?
Na ul. Poznańskiej, naprzeciwko KFC. Tydzień później, kilkanaście metrów dalej stanął drugi, ale już nie mój - konkurencyjny. Kupiłem więc go i zmieniłem jego lokalizację.

Zakup telebimu, transport z Chin, postawienie telebimu. Wygląda na to, że to mało skomplikowany proces.
Tak tylko to może wyglądać. Pierwszy i końcowy etap dzieli ten najbardziej żmudny, najtrudniejszy i ciągnący się - szeroko pojęta biurokracja. Na postawienie jednego telebimu składa się tyle dokumentów, że gdyby je wszystkie złożyć, wyszłaby z tego naprawdę solidnej grubości książka. Wszystko robi się krok po kroku i jeśli idzie to w dobrym kierunku jest w porządku. Gorzej, jak coś stanie na przeszkodzie.

Co na przykład?
Brak jednego pozwolenia komplikował kolejne sprawy. Kiedy chciałem postawić telebim obok terenu, gdzie dzisiaj mieści się Green Office, czyli przy najlepszym skrzyżowaniu w mieście, nie dostałem pozwoleń od plastyka miejskiego i konserwatora zabytków. Była to działka chroniona. Okazało się jednak, że wcześniej, i mniej więcej w tym samym miejscu, znajdował się telebim, ale na samochodzie. Żeby było śmieszniej - najpierw był umieszczony na Sprinterze, potem na Żuku. A to dlatego, że właściciel też zaczął jeździć po samochody na zachód i Iveco było mu do tego potrzebne.

Wtedy ruszył pan z produkcją telebimów mobilnych?
Tamto miejsce z czasem się zwolniło, postawiłem swój telebim mobilny. Ale najpierw znów sprawdziłem rynek. Wystawiłem na sprzedaż moje Iveco. Pomyślałem, że skoro ja natknąłem się na przeszkody z formalnościami, może być to ogólnopolski problem. Oczywiście nie miałem o to do nikogo pretensji. Różne tereny i działki są w ten sposób chronione, dla mnie jest to zrozumiałe. Ale wracając - wystawiłem samochód na sprzedaż i praktycznie od razu zadzwonił telefon, potem kolejny i następny. I tak co chwilę, przez kilka dni. To był wystarczający sygnał. Polski rynek był gotowy na taką formę reklamy.

Jak wyglądały początki?
Zacząłem się reklamować i po tym, jak postawiłem pierwszy telebim - można powiedzieć - że na kołach, zgłosili się klienci zainteresowani takim produktem. Podpisałem pierwszą umowę i pojechałem ustalić szczegóły z moim wykonawcą. Problem polegał na tym, że wcześniej zapomniałem mu potwierdzić, że wchodzimy w ten biznes. Chciałem ustalać szczegóły - finanse, terminy, w ręku miałem podpisaną umowę z klientem i tak z nią zostałem.

Co się stało?
Przez ten brak rozmowy i potwierdzenia, wykonawca wziął inne zlecenia i nie był w stanie zrobić mi na czas całej konstrukcji. - Miał pan dzwonić. I to tydzień temu - w taki mniej więcej sposób mnie przywitał (śmiech). Ale na szczęście polecił innego fachowca - z okolic Inowrocławia. Razem zrobiliśmy ok. dziesięciu mobilnych konstrukcji z telebimami - zamówienia schodziły, wszystko dobrze szło. Przyszedł czas na rozwój biznesu.

Poza granicę kraju?
Tak, dwa lata po postawieniu pierwszego telebimu, pojechałem do Amsterdamu na najbardziej prestiżowe targi w branży. Zaprezentowałem swój mobilny telebim. To było kolejne ryzyko, bo owszem, interes się kręcił, w końcu wcześniej - dziesięć gotowych samochodów wyjechało w Polskę do klientów. Ale miejsce na tych targach kosztowało dużo. Bardzo dużo. W 2009 zapłaciłem za to 100 tys. zł. A do tego doszły jeszcze koszty podróży i kilkudniowego pobytu.

Opłaciło się?
To był strzał w dziesiątkę. Z Amsterdamu wracałem z kilkoma zamówieniami. Przez pierwszą połowę drogi byłem tym podekscytowany, przez drugą - przerażony.

Dlaczego?
Nie miałem takich mocy przerobowych. W tamtym czasie Screen-led liczył trzy osoby - mnie, serwisanta i panią, która zajmowała się sprzedażą reklam. Zacząłem zatrudniać na potęgę, firma zmieniła lokalizację. Przenieśliśmy się do pomieszczeń hali na ul. Marcinkowskiego. Mieliśmy tam halę i biuro. Nowe miejsce było też potrzebne po to, żeby móc przyjąć klientów. Kontrahenci z zagranicy - niestety - kojarzyli Polskę ze wchodem i zanim zrobili przelew za produkt, zwłaszcza taki - umówmy się - dość kosztowny, najpierw chcieli zobaczyć, jak wygląda praca i procesy produkcyjne.

Jak na razie ryzyko zawsze się panu opłacało.
Cały czas uczyłem się biznesu i zarządzania. I jak wszędzie - raz szło dobrze, raz gorzej. Wpadki i błędy się zdarzały. Gdy zacząłem zatrudniać, okazało się, że ilość nie przekładała się na efektywność. Konstrukcja produktu składa się z kilkuset elementów. Jest więc co robić, ale na początku panował chaos w organizacji pracy. Oddaliśmy kilka gotowych produktów, ale był przypadek, że wiedziałem, że z jednym dużym zleceniem na pewno nie zdążymy. Klientem była firma z Niemiec, zamówiła dwa samochody. W dniu odbioru całości zrobiony był tylko jeden. Łagodnie rzecz ujmując - nie był zadowolony z takiego obrotu sprawy. Najpierw zapytał, czy chcę kontynuować z nim współpracę. Gdy odpowiedziałem, że jak najbardziej - zaproponował, że jeśli opuszczę cenę za drugi samochód o to, co on straci na imprezie, na którą przeze mnie nie pojedzie z telebimem, możemy dalej współpracować. Zgodziłem się.

Dużo?
Tak - dużo. I od tamtego czasu jest naszym stałym klientem. Żeby daleko nie szukać, w tym roku kupił u nas kolejny produkt.

Nadal importuje pan telebimy z Chin?
Tak jak wszyscy. To jest najlepszy rynek. O ile na początku telebimy, które zamawialiśmy dostosowywaliśmy do konstrukcji, a wszystko jest dość skomplikowane - trzeba dobrze obliczyć, wymierzyć, wyważyć, ustawić itd., obecnie - to my wysyłamy dokładną techniczną specyfikację tego, co potrzebujemy, pod konkretne zlecenie i klienta. I taki telebim dostajemy. Potem jeszcze trochę zmieniamy go i ulepszamy w firmie i robimy resztę zamówienia. Kupujemy od innego dostawcy, niż na początku. Takiego, który produkuje elektronikę dla gigantów w tej branży. Z czasem zmieniła się też i nasza lokalizacja. Musieliśmy przenieść się do nowej siedziby, bo zaczęło brakować miejsca. Obecnie jesteśmy na terenie Inowrocławskiego Obszaru Gospodarczego, przy ul. Torowej. Dysponujemy halą o powierzchni 2300 m2, w niektórych miejscach, bo tak potrzebowaliśmy, wysoką na 12 metrów, mamy też 400m2 powierzchni biurowej. Dobrze się tutaj czujemy i nie planujemy przeprowadzki.

Screen-led też już jest globalnym graczem. Poprzedni rok należał do was.
Dużo tego było, to prawda. Nasze produkty były na Światowych Dniach Młodzieży, strefach kibica podczas Euro 2016 w Niemczech, Francji, Anglii i krajach skandynawskich. Już wcześniej także na brytyjskim torze Silverstone Formuły 1 i Tour de France. Telebim ze Screen-ledu stanowi wyposażenie Kancelarii Prezydenta RP i jest wykorzystywany m.in. w trakcie wystąpień głowy państwa przed Pałacem Prezydenckim. Inne sprzedaliśmy m.in. do Ośrodka Przygotowań Olimpijskich w Cetniewie, instytucji kultury na terenie całego kraju.

Jak na tak ogromną skalę zamówień i listę klientów, w Polsce jest ich jednak mało. Dlaczego?
Na początku działalności brałem udział w przetargach. Wygrałem pierwszy, drugi, trzeciego już nie, pomimo że wszystkie zamówienia były do siebie podobne. Pojechałem sprawdzić telebim, który wygrał tamten trzeci przetarg. Jakością odbiegał od tego, co było w dokumentach. Wyglądało to trochę tak, jakby ktoś zamówił wodę gazowaną w szklanej zielonej butelce, a dostał niegazowaną w przezroczystej plastikowej. Woda niby jest, ale inna i podobnie z butelką. Dałem więc spokój z takimi przetargami, bazujemy na zamówieniach z zagranicy.

To dlatego nie macie strony internetowej po polsku, a fan page na Facebooku jest prowadzony tylko w języku angielskim?
Tam jest nasz klient - na zachodzie. Po polsku rozmawiamy tylko ze sobą w firmie, przez telefony w sprawach służbowych - już w językach obcych. Od stycznia jest z nami Natalia, która biegle mówi po angielsku, portugalsku, włosku, francusku i hiszpańsku. Pozostali pracownicy, którzy reprezentują firmę na zewnątrz, znają co najmniej jeden język obcy. Taka jest specyfika naszej pracy. Oczywiście, nie jest tak, że zamykamy się na polskiego klienta. Współpracujemy z wieloma krajowymi podmiotami.

Z waszego produktu - mobilnej kriokomory, przed Euro2016 korzystali polscy piłkarze.
Można powiedzieć, że do dobrego wyniku podczas mistrzostw Europy, jakim na pewno był ćwierćfinał tego turnieju, dołożyliśmy swoją małą cegiełkę. Dzięki zabiegom w kriokomorze regeneracja przebiega dużo szybciej, organizm jest zdolny do większego wysiłku. Sprzęt był na zgrupowaniu reprezentacji w Arłamowie. Produkt cieszył się takim zainteresowaniem, że piłkarze poprosili Polski Związek Piłki Nożnej, żeby przewieźć go też do Francji. PZPN zapytał nas. Zgodziliśmy się i zrobiliśmy to bezpłatnie.

Mobilna kriokomora to produkt waszej nowej marki - „Move it”.
Rozwijamy ją, znajdują się w niej inne produkty, niż te z głównej oferty Screen-ledu. Są związane bardziej z nowymi i inteligentnymi technologiami.

Za tydzień kolejna edycja Inowrocławskiej Wystawy Gospodarczej. Rok temu wasz telebim został nagrodzony tytułem Produktu Roku. Co zgłosiliście tym razem?
Właśnie innowacyjny produkt z marki „Move it”. Przedstawimy konstrukcję kontenera solarnego - urządzenia, które za pomocą akumulatorów, w górnej części wysuwa dach - panel słoneczny składający się z ogniw fotowoltaicznych o powierzchni 100m2. Ta podstawa obraca się i „szuka” słońca, żeby pozyskać energię. Pozwala osiągnąć moc ok. 25kW. Energię można później wykorzystać do różnych celów. Produkt będzie tworzony pod kątem jednostek wojskowych i militarnych.


Zobacz koniecznie: Noteć walczy o „dziką kartę” i grę w pierwszej lidze - to jest plan A. Są też plany B i C [WYWIAD]

INFO Z POLSKI - przegląd najciekawszych informacji ostatnich dni w kraju:

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3